NETOPIS.PL    polityka prywatności      regulamin      reklama      faq      pomoc      mapa serwisu      kontakt      tagi  
Edycja
Zarys powieści. ;)

- No cześć – Rufus otworzył zanim Katia skończyła dzwonić. Ostatnio rozkwitł i cieszył się nieustannym dobrym humorem. – Robię śniadanie. Łap talerz!

Powiedziawszy to błyskawicznie zniknął w kuchni, skąd dochodził całkiem smakowity zapach. Katia ziewnęła przeciągle i rzuciła kurtkę na kanapę w salonie. Śniadania z Przewoźnikiem stały się już tradycją. Mijali się uprzejmie na korytarzu, kiedy ona wracała z, a on szedł do pracy. Rano Katia wpadała na śniadanie, szli razem na zakupy i rozchodzili się do swoich zajęć. Niedziele i wolne od pracy soboty miała najczęściej dla siebie. Spotykała się z przyjaciółmi, rodziną i znajomymi. Wracała wtedy na chwilę do normalności. Nie odczuwała palącej potrzeby opowiadania bliskim, że spędza czas na pogaduszkach ze świeżo zmarłymi – telefonicznie i osobiście. Wzmianka, że jest sąsiadką pomocnika Śmierci też nie wydawała się najlepszym pomysłem. W świetle powyższych przypadłości historie o karmicznych komplikacjach, piekielnych psach i magicznych księgach były tylko niewartymi uwagi drobiazgami.

Podobnie jak tosty z ananasem jedzone w towarzystwie Przewoźnika na jego sztruksowej kanapie, przed gigantycznym ekranem plazmowym wypełnionym kolejnym odcinkiem „Samego Życia”.

- W niedzielę robię urodziny – oznajmiła Katia, popijając herbatą ostatnie kęsy śniadania. – Może wpadniesz?

- Będę pracował – bąknął z pełnymi jedzenia ustami.

- W niedzielę?

- No, taka praca… - westchnął i sięgnął po keczup. – Ludzie umierają codziennie.

- Miewasz wakacje?  - zaciekawiła się mimo woli.

- Nie bardzo – westchnął z wyraźnym żalem. – To już trzysta czterdzieści jeden lat bez urlopu. Nawet to cholerne zatrucie niespecjalnie mogę nazwać odpoczynkiem. Teraz przynajmniej mam towarzystwo.

- Że niby ja? – upewniła się.

- Owszem – Rufus beknął dyskretnie i rozsiadł się wygodnie na kanapie, zerkając w jej stronę z wyraźną przyjemnością. – W 1672 roku raz miałem towarzystwo przez miesiąc. Ale to był umarły. Zginął pod kołami powozu i opiekował się moim koniem przez kilka tygodni. Bardzo pomocny człowiek. Wielki koniuszy Radziwiłłów. Miał siedemdziesiąt dziewięć lat jak umarł.

- I co się z nim stało?

- Czekał tylko, żeby jego wnuczka przejęła spadek po nim – Rufus wzruszył ramionami. – Napchał swój siennik pieniędzmi. Doczekał się i poszedł dalej. Potem już w zasadzie byłem sam.

- Nie masz przyjaciół?

- Niby jak?

Musiała mu przyznać rację. Nawet jeśli na co dzień wyglądał jak w miarę normalny młody człowiek, przy bliższym poznaniu trudno było przegapić pewne elementy jego fizjonomii. Na przykład srebrne źrenice, które w dziennym świetle stawały się nienaturalnie blade, niebieskawo-szare. Do tego uśmiechał się zawsze w nieco zwierzęcy sposób, który nieodparcie kojarzył się Katii z tajemniczym warkotem, którym Rufus odstraszył dusze mordercy w szpitalu. Miał zwyczaj węszyć powietrze jak pies i…

- Canis, co? – nagle lekcje łaciny w liceum okazały się do czegoś przydatne. – Jesteś diabelskim psem, czy jak?

- To nie jest obowiązkowe – uśmiechnął się na swój psi sposób, ale też z lekka urazą. – Jestem w zasadzie człowiekiem, więc zostałem przy swojej oryginalnej postaci.

- Duris, ten pies, też był człowiekiem?

- A nie. On jest ze starej gwardii. Z czasów, kiedy jeszcze nie brali ludzi do tej roboty. Porządny, tradycyjny piekielny ogar, jak to subtelnie nazwałaś.

Rozciągnął się na kanapie i sięgnął na półkę z książkami. Wybrał jeden z najbardziej opasłych tomów, oznaczony dziwacznymi symbolami i rysunkiem piekielnych mąk na okładce. Zerknął na swoją towarzyszkę i zmienił zdanie na rzecz małej, skromnej książeczki z kolorową okładką w demoniczne komiksy.

- Pies w mitologii – polecił zwięźle. – Nie będę ci wszystkiego tłumaczył od podstaw. Ogólnie chodzi o to, że kiedyś zaświaty były bardzo niebezpiecznym miejscem. Walki o dusze na każdym kroku. Od jakiegoś czasu wszystko się uspokoiło. Pies to już bardziej tradycja niż konieczność. Chociaż miałaś okazję się przekonać, że czasem się przydaje.

- Owszem – lekko się wzdrygnęła na wspomnienie warkotu Rufusa i wyrazu twarzy duszy tego „karmicznego weterana”. – Ale byłeś człowiekiem, prawda?

- Byłem – uśmiechnął się z lekką ironią. – Prawie umarłem jak miałem jedenaście lat. Na zarazę. Duris po mnie przyszedł i zaproponował mi robotę. Najpierw tylko wypełniałem rejestry, potem kilka razy wziął mnie na przejażdżkę w obie strony. Jak się wdrożyłem, poznałem szefa i stałem się jednym z nich.

- Szefa?

Uśmiechnął się swoim psim uśmiechem, a jego oczy błysnęły srebrem niczym dwa diaboliczne lustra. Odpowiedzi, oczywiście, nie udzielił.

 

– Dzień Dobry. Katia Kamińska z firmy Flux. Czy mogę rozmawiać z panią Bożeną?

- Proszę pani! – ryknął w słuchawce przerywany trzaskami i piskami wściekły głos. – Ja tu mam powódź! Woda mi się leje!

- Rozumiem – telemarketera śmierci westchnęła w duchu, bo zakłócenia na linii prawie odbierały jej słuch. – Rozumiem, że jest pan martwy i oczekuje transportu…

- CO?! – ryknął głos w słuchawce po krótkiej chwili zdumionego milczenia. Katia zamarła. Ludzie z sąsiednich stanowisk przyglądali się jej z rozbawieniem i lekkim zdumieniem.

 

 

 

A koniec miesiąca zbliżał się wielkimi krokami.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Czerowna – karmiczna

Zielonkawa – bez karmy, ale wielokrotne życie

Biały – biurokraci, historycy, naukowcy

Niebieska – fizycy, ateiści,

Copyright © 2007 NETOPIS.pl Grafika Web Media Consulting